Około 50 osób przyszło posłuchać opowieści pisarza i trzeba przyznać, że już od pierwszych minut było wiadomo, że to nie będzie zwykłe spotkanie autorskie. Sam Maciej Siembieda przyznał, że jest bardzo gadatliwy i że wszyscy zaraz się o tym przekonamy. No i rzeczywiście tak było! Rozmowę prowadziła Anna Maria Zdrenka, a każde jej pytanie powodowało kilkuminutową odpowiedź pisarza. Jeśli do tego dodać pytania od uczestników, to powstała rozmowa, która bardziej przypominała pogawędkę dobrych znajomych niż „odpytywanie mistrza”.
Maciej Siembieda zadebiutował jako autor powieści mając 56 lat. Wcześniej pracował jako dziennikarz i w tym środowisku zasłynął historyczno-sensacyjnymi reportażami. Jak sam przyznał, wchodząc w świat beletrystyki musiał nauczyć się zupełnie nowego rzemiosła, bo to jednak dwa różne światy. „Zamiast 5 tysięcy znaków w tekście muszę napisać 700 tysięcy” - śmiał się pisarz. Ale, jak dodał, to tylko jedna różnica. Jest ich znacznie więcej.
Znając schematy, jakimi posługują się pisarze, czytanie - według Siembiedy - nie jest już taką przyjemnością jak kiedyś. Od razu widzi, jak zbudowana jest książka, gdzie autorowi szło gładko, a w których miejscach musiał już na siłę zszywać historię.
Jego historie powstają przede wszystkim z rozmów z ludźmi. „Zawsze miałem dar słuchania. Potrafiłem pojechać do kogoś 100 kilometrów w jedną stronę, aby zadać mu jedno pytanie. Nigdy nie nagrywam rozmów, zawsze notuję” - opowiadał. Odniósł się też do swoich słynnych siedmiu notesów z pomysłami. „Tak, jeszcze coś się znajdzie na kolejne książki, ale na razie o tym nie myślę” - mówił. - Dwie książki rocznie to maksimum dla pisarza.
Jeśli chodzi o własne książki, Maciej Siembieda poprawił tylko jedną - „444”, czyli tę, którą napisał jako pierwszą. Innych nie będzie już ruszał, mimo że dziś widzi w nich pewne niedostatki. Jego ulubioną książką pozostaje „Miejsce i imię”. Sławę przyniosła mu trylogia „Katharsis”, „Nemezis” i „Kairos”, a ubiegłoroczne „Gołoborze”, opowiadające historię rozgrywającą się w Górach Świętokrzyskich, otrzymało miano książki roku w portalu Lubimy Czytać.
Jak mówił Siembieda, wszystkie opisane tam historie wydarzyły się naprawdę, a wiele z nich było naprawdę mrożących krew w żyłach. I to, zdaniem pisarza, jest w jakiś sposób najbardziej straszne - on nie musi wymyślać historii, bo one naprawdę się zdarzają. Trzeba tylko poszperać w archiwach, dokumentach, porozmawiać ze świadkami wydarzeń. Przyznał, że ma też spisane takie historie, które nigdy nie ujrzą światła dziennego...
Często pomysły przychodzą też ze spotkań z czytelnikami. Tak było na przykład z ostatnią powieścią o detektywie Jakubie Kani - „Upiór”. Pomysł na nią podsunięto mu na spotkaniu autorskim w niedalekiej Chełmży. W książce pojawia się temat tafefobii, czyli lęku przed pochowaniem żywcem. Cierpiał na nią m.in. laureat nagrody Nobla Władysław Reymont.
Maciej Siembieda zdradził także, których polskich pisarzy ceni najbardziej. Jego topowa trójka to: Szczepan Twardoch, Zygmunt Miłoszewski i Jakub Żulczyk.
Na koniec pisarz podpisywał książki, które przynieśli ze sobą jego fani, i z każdym zamienił kilka zdań. Było dużo uśmiechu, rozmów i tej szczególnej atmosfery, która sprawia, że spotkanie autorskie zostaje w pamięci na dłużej.
Fot. Robert Ważyński
30.04.2026 | Czytano: 23
Maciej Siembieda w Chojnicach. Ależ to była opowieść!
Jeden z najpoczytniejszych autorów w naszym kraju odwiedził wczoraj, 29 kwietnia, Bibliotekę Miejską w Chojnicach. Maciej Siembieda przez blisko dwie godziny opowiadał o tym, co go motywuje do pracy, skąd biorą się jego historie, którą swoją książkę lubi najbardziej i jakich polskich autorów sam najchętniej czyta.
reklama







